Górska Koza
Wiedziałem, że sąsiad kupił robota koszącego, więc bez wahania przygarnąłem jego 23-letnią maszynę, którą bezwzględnie spisał na straty.
Miała to być szybka akcja. Dzięki WD-40 sprawnie udało się zdemontować całość i przeprowadzić inspekcję podzespołów. Śruby trzymały piekielnie mocno, jednak penetrujące właściwości WD-40 pozwoliły okiełznać najtrudniejsze przypadki nadgryzione zębem czasu (korozji).
Pomimo początkowego optymizmu rzeczywistość okazała się brutalna. Dwie dekady bez konserwacji sprawiły, że kosisko od wewnątrz uległo mocnej korozji, a ja nie lubię robić czegoś na odwal, dlatego w ruch poszedł ostry zawodnik... korund! Tak przygotowaną bazę zabezpieczyłem dwoma warstwami podkładu epoksydowego. Wnętrze otrzymało podwójną ochronę typu baranek, a zewnętrzna powłoka to dwie warstwy farby poliuretanowej. W międzyczasie zespawałem połamane ramię, silnik przeszedł pełne SPA, a napęd otrzymał nowe uszczelniacze i pasek. W każdym z tych procesów niezastąpiony WD-40 pokaz swoją potężną wszechstronność – od czyszczenia, przez penetrację, aż po smarowanie. Nóż odświeżyłem i naostrzyłem tak, że stał się ostry niczym katana. Całość złożyłem i... po jednym szarpnięciu nowa świeca dała iskrę do życia! Tak oto narodziła się "Górska Koza" – potwór na moje górzyste tereny, przy którym robot sąsiada dostałby lęku wysokości. Kosiarka meczy jak szalona, a finał tej renowacji najlepiej widać z lotu ptaka.